Przystanek 9 - Wielkie Równiny / Mędrzec o Zielonej Twarzy
Po kilku dniach spędzonych wśród tych dzikich przestrzeni zaznaliśmy spokoju ducha i doznaliśmy prawdziwego hartu na ciele. Warunki są tu bardzo trudne i tylko dzięki wspólnemu celowi jest możliwe utrzymać się przy zdrowiu i zmysłach. Dzięki śpiewom i modlitwom. Dzięki wsparciu i wierze. Słyszałem, że niektórzy zastanawiają się nawet, czy nie zostaliśmy przypadkiem wybrani przez Boga. Nie każdy jednak chce tego przeżycia i uczucia opisywać, zamykać w ciasne ramy słów. Nie powinniśmy tego robić, chyba że komuś to służy. Ten jednak nie powinien swojego sposobu narzucać innym. Jutro rano wyruszamy. Jesteście gotowi? Czeka nas kilkanaście kilometrów wędrówki do tęczowej skały, tam gdzie jest dom mędrca o zielonej twarzy, który tam spoczywa i duma. Najpewniej tak też już zostanie. Jeszcze tego wieczoru wypijemy wywar z korzeni roślin, które rosną tu od czasów najstarszych plemion, jednak używane były tylko przez szamanów. Pił ten napój nasz wielki wojownik Leopolias i wprowadził go do powszechnego użytku w swoim królestwie, a tym samym ochrzcił je swoim imieniem. Napar z tego korzenia wzmacnia odporność, redukuje zmęczenie i dodaje dużo sił. Kto nie wypije ten jutro polegnie, to jest pewne. A wywar ten nie jest dobry. Trzciny cukrowe odkryto co najmniej sto lat później, a pola, które są nimi porośnięte są kawał drogi stąd, po drugiej stronie wielkich równin. Do tego czasu albo przyzwyczaicie się do gorzkiego smaku, albo nie dojdziecie do Morza Nadziei. A warto wytrwać, choćby po to, by dotrzeć do Uli królowej Laury, gdzie bez wątpienia posmakujecie przepysznego miodu z kwiatów mniszka, który dziko i gęsto porasta góry Arnolda, króla Dakszy, Krainy Żółtych Cieni. Dotrzemy tam za jakieś siedem dni i spędzimy więcej czasu na wypoczynku. Przetrwają tylko Ci, którzy od dziś będę pili ten napar jak wodę. Jutro przed południem wyruszamy.
Podróż rzeczywiście jest bardzo męcząca. Niebezpieczne moczary, wysokie, tnące trawy, napastliwe insekty, które nie mają litości zwłaszcza dla tych, którzy nie zdołali przełknąć naparu z korzeni Leopoliasa. Są bardzo słabi i pozostają w tyle. Droga ciągnie się po horyzont, a potem po kolejny i po kolejny. Tylko dzięki kamieniom pojedynczo leżącym na szlaku można wyjrzeć ponad zieloną tafle traw, by cokolwiek dostrzec prócz swoich i towarzyszy brudnych, zdartych butów i poszarpanych spodni. Niektórzy zaś mają krótkie spodnie, a ich nogi są pełne fioletowych blizn, spuchniętych siniaków, białych obtarć i krwawych zacięć. W końcu jednak wychodzą z tego nieprzyjaznego świata moczarów i wychodzą na równinę, którą zalewa żar z nieba. Została im ostatnia prosta. Przewodnik czeka jeszcze na tych co wloką się na samym końcu, a w między czasie zarządza przerwę na napar. Gdy spowalniacze docierają, staje się dla wszystkich jasne, że w takim stanie dalej nie pójdą. Po brudnych twarzach widać, że niektórzy próbowali pić wodę leżącą wśród trzcin, po innych twarzach z kolei widać, że nie przeżyją do zachodu słońca. Kilku z nich udaje się napoić naparem, a inni albo są już zbyt chorzy od brudnej wody z moczar i wymiotują po każdym łyku, albo krztuszą się naparem, dostając napadów padaczki. Ostatni chcą zaś w pełni świadomości się poddać, umrzeć z godnością. Za błogosławieństwem przewodnika się prawdopodobnie tak właśnie się stanie. Kilku śmiałków, umierającym w męczarniach kopią płytkie groby, aby ich pochować. Oddają im hołd, wylewają zły, żegnaj się. Nadający się do użytku ekwipunek tych, co zostaną tu na zawsze, podzielono i rozdano. Prawo dżungli. A raczej Złotego Szlaku. Reszta będzie z pewnością mniej skłonna do słabości, lęków i niechęci. Żeby przeżyć trzeba się przełamywać na każdym kroku, wsłuchiwać się w sygnały ciała, ćwiczyć umysł, ale niestety także mieć trochę szczęścia. Czasem padnie na kogoś niefortunny los. Tak już bywa.
Wreszcie dotarliśmy do mędrca o zielonej twarzy. Ów wielki człowiek, jak mówi przypowieść tubylców, którzy twierdzą, że to wręcz święta prawda, modlił się i medytował do tego stopnia żarliwie i głęboko, iż zamienił się w granit i stał się wieczny. Od pokoleń przychodzą do niego ludzie, aby wygłosić swoje prośby, żale, obietnice. Proszą także o rozwiązanie sporów małżeńskich i konfliktów politycznych. Pytają o wyniki wyborów, o przyszłość dziecka, o przyszłoroczne plony, o złe duchy i zwiastuny wojny. Żyją w tej krainie kapłani, szamani, mnisi, ale i wybrani prości ludzie ze wsi, którzy potrafią czytać i definiować znaki tego mędrca, lub późniejsze sny i przeżycia zainteresowanych. Tych ludzi od mędrca jest niewielu, lecz swoją wiedzę mają obowiązek przekazać dalej zaufanym osobom przed swoją śmiercią. Mimo tego nie wszyscy potrafią tę wiedzę użytkować i dobrze doradzać. Jutro opowiem wam historię tej zagadkowej postaci. Jego przeżycia i nauki są wciąż aktualne i ważne także dla naszej wędrownej wspólnoty, bowiem otwierają drzwi percepcji, okna świadomości. Niech wpadnie zatem światło w nasze serca. Ale dopiero jutro. Dzisiaj zasługujecie na odpoczynek. Oddajmy się uczcie.
Co ciekawe, człowiek o zielonej twarzy, zwany w rodzimym języku tych ziem Gokka Sejha, nie był człowiekiem ani wierzącym w boga, ani związanym z jakąkolwiek religią. Nie twierdził też, że jest wysłańcem Boga, czy też wybawcą narodu. Był za to wyjątkowo światłą istotą, choć sam o sobie, z nieśmiałym uśmiechem, mawiał Losna, czyli prosty. Jak mniemam stało się tak dlatego, ponieważ uratował się z katastrofy statku kupieckiego podczas sztormu. Był bliski utonięcia, gdy jego już na wpół omdlałe i obolałe ciało natrafiło na pływającą zieloną wysepkę, którą porastał gęsty mech. Ostatkiem sił się na nią wciągnął i zasnął. Kiedy się obudził, był tak wdzięczny, że nie posiadał się z radości, ale i zdumienia. Kiedy toną, w głowie wyświetlały mu się obrazy jego życia, od narodzin, przez dzieciństwo, piękne kobiety, z którymi się kochał w portach, wyprawy morskie, pomniejsze bijatyki, bitwy u wybrzeży wroga, aż do swoich rodziców, i ich śmierci, wszystkich wykonywanych prac, i tej jednej nieszczęśliwej wyprawy kupieckiej, podczas której miał się niebiańsko wzbogacić. Był przekonany, że umrze, opadnie na dno oceanu i pozostanie tam na wieki, nigdy nie odnaleziony. Czuł się więc tak, jak by podarowano mu nowe, drugie życie. Koniec końców cieszył się, że to nie był sen, bowiem uważał swoje życie za nędzne. Od małego chłopca zajmował się handlem. Całe życie był w podróży. Raz to dopadał go ziemski marazm na zmianę z ekscytacją na statkach. Raz to kołatało mu serce z nerwów na zmianę z ulgą, gdy na targach a to bronił się przed stratą, a to wyrabiał zysk. Wszystko po to, aby utrzymać swoją karierę, czyli swoje życie. Gdyby zabrakło mu na zakup nowego towaru, nie mógłby zainwestować i dalej prowadzić swojej tułaczej wędrówki po świecie, bez żadnego celu. Sam zawsze przyznawał, że był najzwyklejszym kupcem na świecie, jakich jest wielu. Nigdy nie udało mu się wejść w grubsze konszachty, aby zbić interes, zdobyć ponadprzeciętnie cenny towar, a następnie zyskać fortunę. Ten jeden raz miało być blisko, jednak statek się rozbił. Miał oczywiście kilka lepszych lat, jednak niejedna susza, powódź czy wojna odebrały mu wielokrotnie jego dobytek, zapasy, bieżący towar, osła czy wóz. Ostatnie lata żył w strachu, że do śmierci będzie tak igrał z losem i przypadkowością powodzeń i upadków. Toteż nagle stanął twarzą w twarz ze śmiercią i po raz pierwszy odkąd pamięta został oderwany od swojej codzienności marnego, nieszczęśliwego kupca.
Zielona wysepka miała jakieś cztery metry długości i szerokości. Była miękka i wygodna. Prąd oceaniczny niósł ją w niewiadomą stronę, a lądu nie było widać już od kilku dni, nawet przy najlepszej pogodzie. Jadł mech, na którym spał. Pił swój mocz, którego było coraz mniej. Nadmiar soli, którą spożywał wraz z rośliną wprowadzał go w trans. Duszności wymuszały głębokie wdechy, miękki, zielony materac pozwalał siedzieć godzinami w jednej pozycji, medytował zatem na okrągło. Miał halucynacje, doznawał olśnienia, odczuwał czystą, najcudowniejszą pustkę. Gokka Sejha mawiał, że mocno myślał i delikatnie śnił. Gdy zobaczył wreszcie ląd był innym człowiekiem. Gdy jego stopa dotknęła przybrzeżnej skały, poczuł światło w swojej duszy i wiedział, że nigdy już nie wróci do tamtego życia, które on sam nazywał poprzednim wcieleniem. Pierwsi ludzie, którzy go spotkali powtarzali mu wciąż, że ma zieloną twarz. A to z powodu mchu, na którym spał przez nie wiadomo ile dokładnie dni, a może i tygodni, i jadł, choć nie w nadmiernych ilościach. Ten mech po prostu silnie farbował. Ten sam mech znajdował się na lądzie i przez lata rytualnie się nim karmił i namaszczał. Głosił swoje lekcje po całym królestwie. Za życia nie miał rzeszy zwolenników, to się zmieniło gdy osiadł na skale. Wcześniej próbował nauczać, był znany ze swej mądrości, sprawiedliwości i prostoty. Nie komplikował spraw tak jak robili to ludzie osaczeni przez tradycję, religię, prawo, mity i legendy. Przybył spoza królestwa, i mimo tego, że nie przynależał do żadnej społeczności, nigdy nie został z niego wyrzucony. Ludzie go respektowali, a nawet szanowali, jednak miał zbyt mały wpływ na ludzi. Na szczęście. To był człowiek o czystym sercu - miejscowi mówili o nim Sa-Apteon, i tak też niektórzy się do niego zwracali.
I kiedy tak osiadł na tej skale, skamieniał, stał się wieczny. Jego najważniejszym przekazem dla ludzi królestwa, i zapewne także ludzi z całego świata, były następujące sentencje, które już od wielu wieków błąkają się zarówno w tubylczych gardłach, jak i w miastach, a nawet na królewskim dworze:
“Siła mądrości tkwi w sprzecznościach jestestwa.”
“Kto przyjmie i zrozumie dar, ten oczyści się z plag.”
“Za słowa dziękuj z uśmiechem, i dobrze je zapamiętaj.”
“Nie poparz się, gdy złapiesz kogoś na gorącym uczynku.”
“Nie dziel człowieka na pół, boga na troje, a włosa na czworo.”
i ostatnie jego powiedzenie, słynny jego wywód:
“A jeśli Bóg jest, to jest dla każdego. A jeśli go nie ma, to go już nie będzie.”
Cóż, moi drodzy, zapamiętajcie sobie tych kilka słów, może będą dla was inspiracją. Wszyscy już dzisiaj macie wolne. Chętni szykują kolację. Mam nadzieję, że się znajdą, bo jestem głodny jak wilk.
Komentarze
Prześlij komentarz