Przystanek 7, Wielkie Równiny /Pułapka
Pierwsze godziny wędrówki wśród wysokich traw i gorącej od słońca ziemi były ciężkie do wytrzymania nawet dla najtwardszych. Równiny słyną z upałów i zacinających, suchych wiatrów, które wprawiają ostre krzewy w diabelski taniec. Kolce tną na oślep, ranią bez sumienia, wysokie trawy oplatają szyję, przyprawiając o zawrót głowy, a wielkie bąki wplątują się we włosy, czego w najdalszym pokrewieństwie nie można nazwać przyjemnością. Teraz jednak rozpościerał się przed nimi wielki dywan z piasku, który tu wyrósł nie wiadomo skąd. Żółto szary odcień łączył się z niebieskim niebem na horyzoncie, i aż dziw, że nie ma w tym nic pięknego. Wśród wędrowców rozchodzi się jęk przerażenia. To nie wygląda jak złoty szlak, przypomina za to do złudzenia najgorszy sen - przestrzeń, którą należy ominąć szerokim łukiem. Wiatr huczy niczym zepsute tuby i puzony. Chmury zachodzą, a temperatura drastycznie spada o kilkanaście stopni. Wszyscy zbijają się w ciasną grupę. Przewodnik przemawia.
Wiem, że te okoliczności nie napawają was radością czy optymizmem. Prawdę mówiąc mnie też nie. Ale po to właśnie się tu znaleźliśmy, na złotym szlaku, żeby pokonywać słabości i wyciągać wnioski z lekcji, iść do przodu i… Nagle zagłuszył jego przemowę grzmot, jakiego ludzie z doliny jeszcze nie słyszeli. Wszyscy zadrżeli, kobiety pisnęły chórem, mężczyźni pomrukiwali ze zdumienim. Przewodnik kontynuuje. Żeby nie przedłużać, czekają nas jeszcze 3 godziny wędrówki do oazy, idźcie za mną i módlcie się w te słowa: “Nienazwana, potężna siło, ocal nas w te dni słabości, ocal nas w wędrówce, ocal w deszczu, daj nam trwać i zdobywać nasze upragnione cele. Sapparagion! Destynfaonn! Muyadlin!” To trzy święte cechy wg. Królestwa Mórz, do którego zmierzamy. Tamci ludzie i władcy dobrze znali Wielkie Równiny, gdyż był to ich szlak handlowy w głąb kontynentu. Te trzy słowa można przetłumaczyć następująco: Wdzięczność, Sprawiedliwość, Oddanie dobrej sprawie. Nie bali się oni nigdy upału, ale właśnie ulewy. Piaski miękły i wciągały ludzi, którzy szli bez wiary, bez szacunku, bez oddania. Piaski potrafili przechodzić bez przeszkód tylko ci najbardziej sumienni, lojalni, wypełnieni miłością, ci, którzy zawierzali sobie i bogu. Dopóki dopóty gardła wam nie pękną, dopóty dopóki powtarzajcie zatem te słowa głośno.
Sapparagion! Destynfaonn! Myu-Adlin!
Przeszliśmy połowę trasy tracąc jednego człowieka, kolejnych trzech zapadło się w wielkim na cztery metry głębokości i szerokości dole. To zdarzało się tym, którzy wątpią w swoje możliwości. Giną ci, którzy nie wątpią, a całkowicie w nie nie wierzą. Ten dół może opuścić tylko jedna osoba. Ta, która stanie na barkach poprzednich dwóch. Tak nam się teraz może wydawać. Rzadko jednak dzieją się rzeczy w życiu tak, jak nam się wydaje. Tymczasem każda z tych osób chce się wydostać jako pierwsza. Zamiast się dogadać, cała trójka siedzi i się kłóci, argumentując swoją rację, przyziemnymi, “dolinnymi” racjami. Widzicie, to koronny przykład na to, że tracimy czujność w momencie, gdy powinniśmy ją wytężyć, tracimy wiarę, kiedy powinniśmy ją wzmacniać, wyłączamy umysł, kiedy powinniśmy go uruchomić. Tysiąclecia historii człowieka, jego wiedza i zdobycz intelektualna, zamienia się we włochatego tubylca jaskini. Jedna z osób wyjdzie bez lekcji, druga wydostanie się pod warunkiem, że coś zrozumie, a trzecia pozostanie tu na zawsze, dół się zapadnie, a świat zapomni o nim na zawsze. Ten pierwszy przetrwa na szlaku jedynie kilka dni, a drugi ma szansę zdobyć upragniony cel, choć teraz niewiele na to wskazuje. Oczywiście mogę się nieco mylić.
Wielką różnicę stanowi, to, czy ktoś o siebie dba i siebie szanuje, czy ktoś jest narcyzem, egoistą, zatraconym w sobie. Ten, kto szanuje siebie, nie dopuści do zbrukania swojego imienia, tym samym będzie poświęcał wiele po to, aby potrafić nadal spojrzeć na siebie z miłością - nie litością - aby uderzyć się w pierś, przyznać do winy, albo uderzyć się w pierś i utwierdzić się w tym, że postąpił najgodniej jak tylko potrafił, że postąpił wobec kogoś w taki sposób, w jaki sam chciałby zostać potraktowany. Natomiast osoba postępująca przeciwnie do tej szlachetnej postawy, na rzecz krótkowzrocznego zwycięstwa, zbruka nie tylko swoje imię, ale cudze także. Na życzenie pychy jego Ego naje się do syta. Zwycięstwo jest wszystkim, a godność i morale są w oczach narcyza planetami tak odległymi, że nie da się ich dojrzeć.
Czy już potraficie obstawić, która z osób w pułapce jest przedstawicielem którego z opisanych charakterów? Czy jest w ogóle możliwe to przewidzieć?
Czy ten szatyn z bladą twarzą, kopiący dłońmi w piasku, może być narcyzem?
Kim okaże się ten starszy, łysawy mężczyzna, o silnej posturze i dzikim spojrzeniu?
Jak ta wysoka, wymęczona kobieta może wydostać się z tej strasznej pułapki?
Zapewne w przeciągu ostatniego czasu, który wspólnie spędziliśmy na szlaku, zdążyliście nawiązać znajomości, mieliście okazję się lepiej poznać. Niektórzy z was przypuszczają dość śmiało co nastąpi, albo wręcz przewidują koniec tej historii. Ale czy macie podstawy do tego, aby opowiadać o obcych wam ludziach, którzy znajdują się w sytuacji granicznej? Czy my sami siebie znamy na tyle dobrze, że wiemy jak byśmy się zachowywali? Jedynie ci, którzy byli w takiej sytuacji już wcześniej mogą się wypowiadać, reszta będzie zgadywać, i choćbyście usłyszeli tysiąc podobnych historii, nigdy nie wiedzielibyście jak byście tak naprawdę postąpili. To ta nadzwyczajna zwierzęcość ludzkiej natury, która nigdy nie wiadomo jakim głosem się odezwie w chwili zwątpienia, zgrozy, utrapienia, jakim szlakiem powędruje intuicja, jakie pierwotne wzorce nami pokierują. Ile to razy towarzyszy nam to przedziwne uczucie, że opuszcza nas Bóg, w którego przecież nigdy do końca nie wierzyliśmy, a nawet jeśli, to okazuje się, że robiliśmy to zbyt pobłażliwie, nie zbyt gorliwie. I nagle co? Skomlemy niczym szczenięta. Tylko ci, co mają jednolitą w sobie wiarę, poczucie własnej wartości i dobro w sercu, i potrafią oddać się bez reszty ważnej sprawie, wyjdą z lochów umysłu, odbiją się od dna morza, w którym utonęli, wygramolą się z dołu na środku pustyni na Wielkich Równinach, do którego raptem wpadli. Obserwujmy.
Szatyn wyrzeźbił schody na półtora metra wysokości piaskowego dołu. Niespodziewanie zdejmuje spodnie, po czym rzuca je na schody. Chwyta dłoń kobiety, w której oczach nie widać strachu przed tym wyzwaniem, ani też euforii, że może uda się jej wydostać. Prawdę mówiąc, w jej oczach nie widać już niczego. Szatyn pomaga jej pokonać pierwsze schodki. Od góry kilku ochotników wyciąga do niej swoją dłoń, które jak już wiemy, choć mogą wydawać się łamliwe i blade, mają moc ratowania życia. Sięgają po nią i krzyczą do niej, ona jednak ich nie zauważa, ani nie słyszy, powoli wspina się po tych kilku schodkach i wyraźnie nie może się odnaleźć, stopy jej się zapadają w spodniach położnych na piaskowych schodach, ręce zanurzają się po bokach, piach się osypuje, oblepia jej włosy i twarz. Jej pomruki stają się coraz bardziej intensywne, przechodzą w jęk przerażenia, by zaraz przypominać ryk tonącej łani. Ludzie z powierzchni robią wszystko, by ją uratować. Kilku mężczyzn łapie się za nogi, a ten na samym przedzie chwyta kobietę silnymi ramionami pod pachy i krzyczy by wyskoczyła do góry na trzy. Raz! Dwa! Trzy! Kobieta mimo ogarniającego ją amoku posłuchała. Wyskoczyła, mężczyzna napiął mięśnie, pomocnicy na powierzchni pociągnęli mocno. Kobieta uratowana. Jej stan jest jednak opłakany. Schody się zawaliły, spodnie zniknęły, a twarz szatyna zamarła, łza samotna potoczyła się po policzku, a może był to pot. Siłacz patrzył tępo w smutne oczy tego szatyna, który uratował kobietę, a siebie nie zdołał. Jeszcze przed chwilą chciał go zapewne zmusić, aby uniósł go na swoich chudych ramionach, aby mógł się wspiąć ku górze, jednak w mgnieniu oka zrozumiał, że być człowiekiem, znaczy potrafić się poświęcić. Jeszcze chwilę w skupieniu kontempluje otoczenie pułapki, w której się znalazł, jakby w głowie obliczał i analizował prawdopodobieństwo wydostania się z niej. Powoli, bez pośpiechu przyklęka na jedno kolano, wskazuje palcem wskazującym na szatyna, a potem na swoje plecy. Zapewne nie chce wypowiedzieć ani jednego słowa, aby nie zmienić decyzji, którą podjął. Scena zupełnie jak z teatru dramatycznego. Szatyn ogląda się na milczące twarze ponad nim, na zdumione oczy, na smutne uśmiechy. Oni wszyscy nie chcą zrobić choćby jednego fałszywego ruchu, gdyż przeważnie obstawiali, że łysy siłacz, zwany Heraldem, znany z brutalności i wyrachowania rozszarpie filozoficzne oblicze Rameza. Tymczasem dzieje się cud, zbiorowe morze świadomości rozsuwa się na boki, a oni wszyscy znajdują się na ziemi bez Boga, gdzie słychać jedynie szum piasku i powiew wiatru. Szatyn, zwany Ramezem, wdrapuje się na silne plecy Heralda, ten wstaje z impetem podrzucając Rameza na tyle wysoko, że ratownicy ochotnicy na górze są w stanie go złapać i wyciągnąć na powierzchnię. Nikt wcześniej nie podejrzewałby Heralda o taki akt oddania. Uczynek szatyna musiał na nim zrobić wielkie wrażenie, może zauważył w jego oczach coś więcej, niż błahą ludzką tęczówkę, może zobaczył miłość, a może ducha.... Czy jesteśmy w stanie pomóc Heraldowi?
A co to!? Zobaczcie!
Dół zapada się, robi się lejek. Mężczyźni, łapcie się za nogi, może uda wam się sięgnąć głębiej niż po kobietę i wyciągnięcie tego, co pomógł wydostać się na wolność innej osobie, wiedząc, że jemu samemu, może się to nie udać. Pięciu ochotników przyjęło pozycję. Kilkanaście osób trzymało mężczyzn, żeby nie wpadli do pułapki. Sam Ramez stanął na skraju pułapki, żeby kierować akcją, natchniony, tym, czego doznał ze strony Heralda zaledwie kilka minut temu. Lejek się poszerza i coraz szybciej zasysa piasek wokół siebie. Siłacz stoi przy samej ścianie i wczepia się w nadgarstki sterczące nad jego głową. Kilku szczepionych mężczyzn niczym wielki wąż sięga po siłacza. Do góry! Ciągnąć! Do góry! Szybko! Ostatni metr i będzie po wszystkim. Ramez obraca się w stronę tłumu bo pokazać gestem, że się udało. W tym samym momencie piach osuwa się pod jego stopami, traci równowagę i spada w przepaść, która pogłębiła się kilkukrotnie. W ostatniej chwili Heralda chwyta go swoimi silnymi nogami, zwinnie oplata ramię i talię przerażonego szatyna i wciąga go z pomocą innych mężczyzn na powierzchnię. Wszyscy odskakują kilka metrów od przepaści.
Ramez oszłomiony całym zajściem gwałtownie przyklęka, płacze, woła do nieba i klnie. Po kilku modlitwach, trzymając się za serce w przypływie zawału od nadmiaru emocji, wykrzywia twarz. Kilka osób do niego podchodzi, by go wesprzeć, on jednak je odpycha, zrywa się, by z wrzaskiem skoczyć w otchłań. Czyżby jego Pan go wzywał do siebie? Czyżby jego droga miała się tu skończyć?
Czyżby nie rozumiał, że życie bywa trudne i zaskakujące by wystawić nas na próbę? Jak mamy to rozumieć, jak odebrać tę lekcję, jak zrozumieć to teraz, gdy jesteśmy roztrzęsieni widząc to zdarzenie. Czy było to samobójstwo? Była to wiara? Oszołomienie? Nadmiar? Może to narcyzm? Tak bardzo ubolewał nad swoją osobą, że nie mógł tego dłużej znieść.
Herald zmienił swoje oblicze, któremu folgował całe życie, za sprawą jednego spojrzenia. Jak tu być mądrym, oceniać ludzi, budować tezy, planować przyszłość? Życie jest nieprzewidywalne, jest wielką loterią. Pozostaje nam zaufać mu i przyjąć jego dary. Pozostaje nam tylko jedno, być dobrym człowiekiem, nie patrzeć się za siebie, inspirować się tymi, którzy są godni naśladowania, utopić swoje ego w piaskach pustyni, tulić swoje serce i ludzi dobrej woli. Iść z głową uniesioną, przyjmować lekcje i wyciągać wnioski. Pytacie, czemu musi to być taki ugór… W innym wypadku niczego byśmy się nie nauczyli, bowiem taka jest nasza, ludzka natura, że uczymy się tylko wtedy, gdy naprawdę musimy. Gdyśmy bowiem bardziej woleli pracować nad sobą, niż pławić się w świętym spokoju i zajadać się bananami, byłoby inaczej. Bądźcie dzielni moi kochani. Dziś oddamy cześć Ramezowi. Niech spoczywa w pokoju.
Karawana! Ruszamy!
Komentarze
Prześlij komentarz