Przystanek 4, Studnia Słońca
Obóz spakowany! Możemy być z siebie dumni. Mamy za sobą pierwsze noce spędzone na szlaku. Rozbiliśmy obóz i podzieliliśmy się obowiązkami. Wielu z nas dużo pracowało, inni mniej, poświęcając swoją uwagę wspieraniu i podziwianiu tych pierwszych. Taki podział jest zupełnie naturalny i potrzebny. Poradziliśmy sobie świetnie, zbliżyliśmy się do siebie i mamy wszelkie podstawy do tego, aby wyruszyć w kierunku Studni. Na pewno o niej słyszeliście. Droga nie jest najtrudniejsza, ale dość długa. Musimy obejść Bagno i zajść z drugiej strony Skalnego Miasta. Zajmie nam to sześć godzin. Jeśli nam się uda, zobaczymy słońce padające na wieżę ruin, a jest to szczególny moment, o którym wam opowiem na miejscu. Moi drodzy, ruszamy!
Na wielu twarzach widzę zmęczenie, radość i zdumienie jednocześnie. Nie robiliśmy dłuższych przerw i mamy świetny czas. Przybyliśmy piętnaście minut temu, złapaliśmy oddech, mieliśmy już okazję podziwiać Studnię. A teraz spójrzcie na wieże zamku. Słońce się za nią chowa, rozświetla ją niczym latarnię. Otóż wiąże się to z pewną legendą, w której znowuż to tkwi ziarno prawdy. Był taki czas, dziesiąte pokolenie pierwszych ludzi, Hinazeda i Jemeszy, kiedy to susza trawiła ten naród. Wszystkie tereny dookoła nas, które teraz obrastają w gęsty las, były niczym sawanna. Znany wówczas obieżyświat Leopolias został wezwany przez Króla: Rotan Aza Yerge Hin VII (Rotan, syn Yerga z rodu “Hin” - od Hinazeda, pokolenie siódme). Leopolias otrzymał zadanie odnalezienia źródła, z którego będzie można czerpać tyle wody, ile jej potrzeba, aby napoić cały lud oraz nawadniać do woli ziemię narodu. Obieżyświat potraktował to zadanie, tak jak wszystkie poprzednie, śmiertelnie poważnie. Wszedł na szczyt wieży potężnego Zamku na górze Semjase. Całą noc i część następnego dnia stał z rozpostartymi ramionami na jednej nodzę. To była modlitwa, łączenie się z wibracjami ziemi, sięganie po najpotężniejszą z energii. To dzisiejsze stanie na jednej nodze podczas zabaw, weseli i innych imprez okolicznościowych, jest pustą tradycją, sprowadzoną do ludycznych przekomarzań. Kiedy słońce stanęło za wieżą, rzuciło wiązkę światła poprzez otwory w wieży po belce, na której wisiał dzwon. W tym czasie belka była naprawiana. Wiązka padała w to oto miejsce. Leopolias otworzył wówczas oczy, i już wiedział gdzie ma szukać wody. Studnie drążono ponad rok rękoma dwudziestu najsilniejszych i najsprawniejszych mężczyzn w królestwie. Plany opracowali najznamienitsi eksperci. Patrzycie zatem na cud architektury minionej epoki. Wtedy było to miejsce niemalże święte - zaraz się dowiecie dlaczego. Jej średnica wynosi cztery metry i zwęża się wraz z głębokością. Siedmiu mężczyzn musi złapać się za ręce, aby objąć studnię. Jak widzicie, obłożona jest pięknymi kamieniami i rzeźbami z drewna. Kiedy ukończono jej budowę znów padło na nią to samo światło przez otwór po belce. Tym razem zdjęto dzwon, aby go odrestaurować, a belkę przy okazji malowano na nowo. Woda podbiła do samej góry, zalśniła jaskrawo w słońcu i była gorąca, po czym z każdą minutą i godziną powoli opadała. I zawsze podbijała do góry wtedy, gdy słońce stawało za wieżą. Wodę nazwano anielską, a studnię: Studnią Słońca i dzięki niej mogli odliczać czas. Dziś wiemy, że woda zawierała potężne zasoby jonów srebra, dlatego lśniła, a jej źródłem był uśpiony gejzer, dlatego była gorąca. Lud z rodu Hin korzystał z tej wody przez ponad dwieście lat. Nastała złota era: mało chorób, urodzaj pól, rozwój budownictwa i innych dziedzin. Nowo powstały czas był niezmiernie ważny. Na straży czasu stał specjalnie przeszkolony wartownik, który bił dzwonem (odpowiednią ilość razy) za każdym razem, gdy woda opadała o jeden metr, co odpowiada naszym dzisiejszym 90 minutom. Jedno uderzenie, czyli to pierwsze, wybijało zawsze o trzynastej naszego czasu. To oznaczało przerwę w pracy. Ludzie biesiadowali i odpoczywali, aż do trzykrotnego uderzenia dzwonu. To było najpiękniejsze wyznaczanie czasu w dziejach - zgodne z naturą i z potrzebą człowieka. Dlaczego ta opowieść jest ważna?
Wtedy ludzie szanowali czas i cieszyli się jego obecnością. Ich życie uregulowała Anielska Woda w Studni Słońca. My się czasu boimy i nieraz przeklinamy jego istnienie. Spieszymy się do pracy, spieszymy się na wizytę, spieszymy się do domu, obawiamy się spóźnienia, raz czas mija za szybko, raz za wolno, no i poza wszelkimi wątpliwościami wszyscy dzisiaj powtarzają w kółko, że nie mają czasu, tak jakby mieli go mniej, niż powinni - i jest to oczywiście wielka niesprawiedliwość, wręcz arogancja stwórcy. Czy ktoś może wie gdzie leży problem? Słyszę jakieś szepty… ale tak serio. O! Ktoś mówi, że nie wiemy skąd czas się bierze. Właściwie, to jest to świetna odpowiedź. To specyficzna dla człowieka umiejętność - demonizowania tego, czego nie rozumie. Potrafimy czas na wszelkie sposoby odmierzać i analizować. Potrafimy rozpisywać plany i realizować jego założenia na osi czasu. Dokładnie tak samo jest z pięknymi zegarkami na naszych nadgarstkach. Korzystamy z nich, ale nie mamy pojęcie ile trzeba pracy, aby powstały, co znajduje się w środku i jak to wszystko działa. Lud z rodu Hin pracował od świtu do godziny trzynastej, odpoczywał, a następnie zajmował się pozostałymi obowiązkami. Wiedzieli skąd czas się bierze, szanowali to, dostosowywali się do niego. Kochali bicie dzwonu. Nie było ważne zdążenie na czas, lecz wyznaczenie priorytetów. Były sprawy, które musiały zostać wykonane bez względu na wszystko - i nigdy nie było ich aż tyle, żeby nie móc biesiadować i odpoczywać każdego dnia. Potem były sprawy, które mogły zostać zrobione dzisiaj i jutro i pojutrze - codziennie po trochu. Na końcu były sprawy, które nie miały żadnego znaczenia ani terminu i zajmowano się nimi tylko wtedy, kiedy znajdowała się wolna chwila. Nikomu nie przychodziło do głowy, aby narzekać na brak czasu, bo przecież czas wyznaczała Anielska Woda w Studni Czasu, pięknej machinie natury, która dała im dobrobyt, stabilizację, regularność oraz bazę do układania swoich priorytetów. Nieposzanowanie powyższych procesów wiążących człowieka z naturą zostałoby uznane za haniebne i gorszące. To nie czas nas wykorzystuje, lecz to my wykorzystujemy czas. Jeśli zatem w tej relacji dzieje się coś niedobrego, musimy się zastanowić nad tym, gdzie popełniamy błąd. W samym czasie nie może być błędu. Czy może być coś błędnego w wybijaniu wody ze źródła, w czerwienieniu się liści na jesień czy w kiełkowaniu roślin, czy w kwitnieniu kwiatów? Jak myślicie, woda narzeka, że nie zdąży wybić, liście stresują się, że nie mają czasu się czerwienić, a nasiona popędzają kiełki, aby szybciej rosły?
Wiem, że nie jest możliwe, aby w mieście żyć zgodnie z czasem, który wyznacza natura. Miasto to niezależny organizm, który nie dość, że wyznacza sam sobie czas, to jeszcze ignoruje ten pierwotny. Nie twierdzę, że powinniśmy wszyscy porzucić zegarki. Namawiam do pokory i szacunku wobec czasu, proszę o przemyślenie znaczenia czasu w naszym życiu wewnętrznym i zewnętrznym. Nie kierujmy się tylko i wyłącznie czasem, ale głównie priorytetami, potrzebami naszymi i naszych bliskich. Są naprawdę rzeczy, które mogą poczekać. Są naprawdę sprawy, które nie wymagają pośpiechu - a niektórzy zachowują się tak, jak by jutro mieli umrzeć, albo nawet jeszcze dzisiaj. Często są to złudne teorie o korzystaniu z życia - zazwyczaj związane z bezceremonialnym braniem, bez oddawania. Ci, którzy w ten sposób postępują, mylą zapewne dawanie z traceniem. Tymczasem jest przeciwnie - dawanie pobudza w nas najgłębszą duchowość i poczucie bogactwa. Ci, co mają się komu poświęcić, doznają wielu wyrzeczeń, trudów codzienności, są zmuszeni do ustawiania priorytetów bez względu na czas i to rozumieją, czują się spełnieni, czują się potrzebni, kochają i są kochani przez tych, o których dbają. A ponadto, cenią sobie życie i nie walczą z nim, lecz z nim współpracują. Dążmy do tego, ale nie śpieszmy się, mamy dużo czasu, aby się tego nauczyć.
Komentarze
Prześlij komentarz